← prev

Rozmowa z Tomaszem Kaźmierowskim

Tomasz Kaźmierowski

Czemu ma służyć Nagroda Identitas?

 

Tak jak Fundacja o tej samej nazwie ma wspierać polską kulturę, w szczególności zaś literaturę i piśmiennictwo historyczne, które tego zdecydowanie wymagają. Nie aspiruję do oceny poziomu i oryginalności dzisiejszej twórczości w Polsce, jestem jednak przekonany, że ilość ukazujących się rzeczy i ich wachlarz tematyczny – nazwę to technicznie „głębokością oferty wydawniczej” – jest wciąż bardzo skromna. Powolna poprawa finansów i efektywności w sferach wydawniczej, naukowej, w obszarze mecenatu publicznego i prywatnego, niestety, niewiele tu poprawia. Głębokość samego rynku wydawniczego w porównaniu nie tylko z najbogatszymi w tym zakresie w Europie Niemcami, Szwajcarią, Wielką Brytanią, czy Francją, ale także z bardziej porównywalnymi krajami jest wciąż niewielka. To, rzecz jasna, złożona kwestia, według mnie jednak jednym z kluczowych problemów jest bardzo ograniczona , zawężona do dość hermetycznych kręgów, potrzeba dyskusji na temat ważnych, nowych publikacji i tego co z nich dla nas wynika.

 

Po co panu ta fundacja? Pracował pan w biznesie ponad dwadzieścia lat, zabezpieczył pan pewnie przyszłość sobie i dzieciom, mógłby Pan się cieszyć podróżami, książkami, życiem….

 

 

Rzeczywiście. Może się wydawać, że mnie jest zupełnie niepotrzebna. Choć istnieje kilka miesięcy już wiem jaki to wredny złodziej energii, uwagi, czasu. Może chociaż przyda się innym. Komuś, kto ma talent, i może dać innym bardzo dużo, jeśli mu w tym pomożemy. Może też tym, którzy już wiele w literaturze czy piśmiennictwie historycznym osiągnęli, ale nominacja do nagrody, czy jej otrzymanie pozwoli im dotrzeć do jeszcze szerszych kręgów zainteresowanych, będzie też jakąś formą uznania wartości, którą tworzą, przy wszystkich wzlotach , upadkach, zwątpieniu , czy zmęczeniu.

W końcu chyba wszyscy mamy nadzieję, że z ich rękopisów nikt już nie będzie robił sobie skrętów… i to nie tylko dlatego , że pióra zmienili na myszki.

 

 

Dlaczego jednak wymyślił pan sobie nagrodę literacką i historyczną, a nie zajął się na przykład sponsorowaniem klubu sportowego, otwarciem restauracji, czy działalnością charytatywną?

 

Nie chciałbym krytykować tu sponsorów klubów piłkarskich, bo kocham piłkę, choć ostatnie trzy dekady to niemal same zawody. Sponsorowanie dobrej drużyny to rzecz droga, a ludzie którzy się tego podejmują może nie zawsze widzą innych potrzebujących, może bardziej chodzi o kupienie sobie zabawki przez dorosłego… choć nie można tu uogólniać… Wspieranie kultury, bo do tego ostatecznie winna przyczyniać się nagroda literacka i historyczna, dla mnie – że użyje terminu finansowego – jest swego rodzaju zwrotem z inwestycji. Mam poczucie, że we mnie i mnie podobnych kultura polska dwudziestego wieku zainwestowała dużo, a był to przecież okres niemałych strat. Nasza tożsamość, indywidualna, grupowa, lokalna, w końcu kulturowa ewoluuje, i to coraz szybciej. Warto mieć świadomość własnej tożsamości, by kierunek w którym ona podąża był zrozumiały, akceptowany, by nie było to ślepe dryfowanie.

 

Dużo mówi pan o tożsamości… i to przy dzisiejszej atomizacji struktur społecznych, multikulturalizmie…?

 

Właśnie. Tym bardziej jest to ważne. Może jestem w tym odosobniony , ale wolę wiedzieć kim jestem, niż być tylko być kulką plasteliny ulepioną z potrzeb, pragnień, wyborów chwili. Słyszymy tyle by być świadomym swego ciała i swoich potrzeb… A co ze świadomością samego siebie? Nie fizyczną, a duchową, kulturową? W dorosłym życiu zdarzyło mi się mieszkać w rozmaitych miejscach, na Krajnie, w Poznaniu, na Mazowszu i na Kaszubach, a także w Bretanii i w Moskwie. Sporo czasu spędziłem też w kilku francuskich aglomeracjach, w Anglii, Holandii i Niemczech. Miałem też okazję dobrze poznać w swoim zawodowym życiu tak zwaną kulturę korporacyjną Szwajcarów, Amerykanów, Francuzów, Niemców, Portugalczyków, Rosjan, Ukraińców i Szwedów. Wobec każdego z tych środowisk musiałem się – choćby sam dla siebie – definiować. Obserwowałem też innych, miejscowych i obcych. Próby zrozumienia różnorodnych sposobów i kryteriów według jakich się określali ci, którzy potrafili i zechcieli świadomie to robić było dla mnie – do tej pory jest – bardzo zajmujące.

Z czasem zauważyłem (rzecz oczywistą dla badaczy tych zagadnień), że zazwyczaj dla ludzi pochodzących z wysoce homogenicznych kultur, naznaczonych totalitaryzmem, długą okupacją, nagłymi zmianami struktury etnicznej, religijnej, czy społecznej utrzymanie swojej tożsamości, czy nawet świadome jej wzbogacanie, ewoluowanie, bez jednoczesnej utraty rdzenia, który pomaga się określić i jest punktem orientacyjnym – jest dużo trudniejsze. Częściej też skazane jest na niepowodzenie. Nie jest to żadne odkrycie, ale zajmując się od siedmiu czy ośmiu lat badaniem pamięci zbiorowej, szczególnie Niemiec i jej wschodnich sąsiadów uzmysławiam sobie raz za razem potęgę tożsamości.

Ludzie bez poczucia miejsca i wartości posiadanego dziedzictwa będą pozbawieni szans na utrzymanie swojej tożsamości. Być może też niewiele wniosą do nowych zbiorowości, które ich wchłoną. Dokładnie odwrotnie będzie z ludźmi świadomymi własnej tożsamości, zmian jakim podlega i związanych z nią wartości. Stąd też nazwa Identitas, oczywiście nie w sensie identyczności, a świadomości siebie.

 

A pan sam, jak rozumiem, nisko ocenia dbałość o swoją tożsamość wśród Polaków?

 

To kwestia perspektywy, punktu odniesienia. Byłoby tak , gdybym nie spędził dużo czasu wśród Rosjan i Ukraińców. Wie pan jak komar żądli niedźwiedzia? – tiiicha, tiiicha… Tak dziś tam wyglądają próby poważnej rozmowy o tożsamości. W Polsce jest bez porównania lepiej.

Czego mogę życzyć nowej nagrodzie?

Dobrych wyborów dokonywanych przez nasze Jury i jeszcze większego wsparcia od sponsorów.

 

Rozmawiał Jerzy Ciszewski