Obawiali się, że polskie plemienne spory rozgrzeją lodowatą północ. Co przyniosła izolacja w odległej Arktyce?

Pomysł, który się zrodził, polegał na tym, by ludzi piszących, głównie literatów, ale tak jak to też miało miejsce w tym roku – filozofów, publicystę oraz reportażystkę, oderwać od rutyny, codzienności, bieżących konfliktów. Dać im komfort spojrzenia z dużej odległości zarówno w sensie fizycznym, jak i w szeroko rozumianej przenośni – mówi Tomasz Kaźmierowski, prezes Fundacji Identitas, która zorganizowała warsztaty dla sześciorga polskich twórców w Arktyce.

Tygodnik TVP: Dlaczego wybór padł właśnie na Arktykę?

Tomasz Kaźmierowski: Przesłanki były różne. Pierwszą, najważniejszą była ta, że to miejsce, którego nie można pomylić z żadnym innym. Po drugie chciałem, żeby była kraina, której sceneria oraz otoczenie będzie skłaniało do wyciszenia, refleksji, kontemplacji oraz skupienia, a nie będzie kipiącym targiem na Sycylii. Myślę, że baza w dalekiej Arktyce, która znajduje się pół tysiąca kilometrów za Kręgiem Polarnym, w połowie długości Grenlandii, to docelowo dobre miejsce, a nie jednorazowo. Kilka lat temu założyła ją grupa polskich alpinistów. Stoi w miejscu dawnej przystani rybackiej. Dzięki Golfsztromowi są tam zupełnie znośne warunki do życia. Myślę, że w tym otoczeniu, w izolacji, wśród wszechpotężnej tam natury, osoby te są w stanie wiele w sobie odkryć i zdziałać. Dużo też, rzecz jasna zależy, od ich wrażliwości, sposobu funkcjonowania w grupie, od planu warsztatów i pozostałych zajęć. Myślę, że w tym roku bardzo dobrze to zadziałało, czego wyrazem jest właśnie ten „List z Uløyi”.

To, jakie są te listy? Na co szczególną uwagę zwrócili uczestnicy warsztatów?

Każdy z nich napisał to inaczej, bo to też osoby z różnych środowisk, z odmiennymi doświadczeniami, potrzebami, środkami wyrazu. Mamy wśród uczestników nauczyciela, publicystkę, filozofów, pracowników naukowych, lekarza. To nie tylko spojrzenie z perspektywy różnych środowisk, ale też światopoglądów. Tematem, który bodaj najmocniej skłaniał ich do dyskusji i był dla nich największym wyzwaniem, okazała się kwestia tożsamości, zakorzenienia oraz prowincjonalności. Wszyscy autorzy zarówno ci nazwijmy ich „warszawskimi”, jak i ci z innych części Polski, odnieśli dojmujące wrażenie, że w Polsce zorganizowała się i ukształtowała przestrzeń z dominacją czegoś, co można nazwać salonem, według niektórych – eksterytorialnym, który nie jest tylko polityczny, ale też towarzyski i kulturalny. Odnieśli wrażenie, że wszystko, co prowincjonalne, sprawy ważne lokalnie nie są nie tylko mało interesujące, ale wręcz pogardzane. Uważane za krępujące, wsteczne, niepotrzebne i irytujące. Tak zupełnie nie-globalne.

Uczestnicy zauważali – każdy na swój sposób, szczególny dla jego środowiska – panowanie nurtu cechującego się lekceważeniem i ignorowaniem ważnych dla nich narracji lokalnych. Ich zdaniem ta dominacja nad prowincją jest szkodliwa i niszcząca dla ludzi, którzy chcieliby zostać na tej prowincji, wzbogacać swoje lokalne środowiska. Oni sami niekiedy musieli opuścić swoją małą ojczyznę, przeprowadzić się do większego miasta, by móc normalnie egzystować, utrzymać się. A jednak małe ojczyzny pozostały w nich bardzo żywe.

Szczególnie istotne jest to, że do tych wniosków uczestnicy doszli wychodząc od dyskutowania czysto twórczych kwestii. Po raz pierwszy podjęliśmy ten temat przy okazji opowieści Radka Raka na temat jego wcale nie historycznej przecież książki przedstawiającej zupełnie nie-krakowskie (a tym bardziej nie-warszawskie) spojrzenie na legendę Jakuba Szeli…..

Całą rozmowę znajdziecie Państwo na stronie Tygodnika TVP: https://tygodnik.tvp.pl/48147615/obawiali-sie-ze-polskie-plemienne-spory-rozgrzeja-lodowata-polnoc-co-przyniosla-izolacja-w-odleglej-arktyce