„Łączyć refleksję naukową z mądrym, krytycznym wobec siebie patriotyzmem” – rozmowa z prof. Kaczmarkiem

 

1. Panie Profesorze, czy zainteresowanie Polakami służącymi w armii pruskiej podczas I Wojny Światowej stanowi po prostu część Pańskiej pracy badawczej, dotyczącej historii Śląska, czy może w Pana rodzinie zdarzyły się takie przypadki? Jeśli tak było w istocie, jakie wspomnienia przechowuje Pańska rodzina?

 

Właściwie obydwie przyczyny grają tutaj równorzędną rolę. Wiedza o warunkach służby w armii niemieckiej Górnoślązaków jeszcze kilkanaście lat temu nie była zbyt wielka, a tym bardziej niewiele o niej wiedziano w latach 60. i 70. XX wieku, kiedy mógłbym jeszcze rozmawiać o tej historii z moimi krewnymi. Informacji na ten temat nie było więc ani w ówczesnej historiografii polskiej, ani w przekazie międzypokoleniowym. Żywa była pamięć o powstaniach śląskich i o II wojnie światowej, wydarzenia z lat 1914-1918 powoli, już nawet dla pokolenia moich rodziców (urodzonych przed II wojną światową), należały do odległej przeszłości.

Pozostało jednak sporo pamiątek, które stale przypominały o tych tragicznych latach. Przede wszystkim zdjęcia ze służby w pruskich regimentach i to dobrze zapamiętałem na wiele lat. Pieczołowicie przechowywane pamiątkowe obrazki z żołnierzami i oficerami niemieckimi w paradnych niebieskich mundurach i w pikielhaubach, wykonywane masowo na koniec służby, budziły zawsze moje duże zainteresowanie. Potem, już w trakcie nauki szkolnej i studiów, pośrednio stykałem się z tym problemem, ale nigdy nie myślałem, że będzie to obszar moich naukowych zainteresowań. Widocznie ta dziecięca fascynacja na trwałe utkwiła jednak w mojej pamięci, bo kiedy postanowiłem napisać coś w rodzaju prequela mojej książki o Polakach służących w Wehrmachcie, obrazy z dzieciństwa natychmiast powróciły.

Zresztą właśnie przy pisaniu „Polaków w Wehrmachcie” po raz pierwszy wielokrotnie napotykałem na wątki biograficzne wprost odnoszące się do I wojny światowej, na przykład próby kierowania przez rodziców swoich synów do tych samych pułków jak w czasach kajzerowskich, czy też używanie na określenie Polaków w Wehrmachcie, pochodzącej z czasów pruskich, dość pogardliwej nazwy „kaczmarki”.

Z pewnością zainteresowanie służbą Polaków w armii kajzera było również pochodną moich wieloletnich badań nad historią Górnego Śląska w XIX i XX wieku. I wojna światowa była zawsze niedoceniona w tych badaniach, przesłaniały ją walki powstańcze w latach 1919-1921. W polskiej historiografii punkt ciężkości rozważań nad udziałem Polaków w wojnie koncentrował się zaś głównie na kwestii współpracy wojskowej z armiami zaborczymi i tworzeniu polskich oddziałów wojskowych u boku Austrii, Niemiec i Rosji. Szczególną rolę odgrywał zaś czyn legionowy.

Na Górnym Śląsku było zaś inaczej. Żeby opowiedzieć historię młodych chłopców w armii kajzera trzeba było szukać grobów i śladów daleko poza ich małą ojczyzną, a nawet poza Polską. Ta rekonstrukcja wydarzeń okazała się fascynująca i dotyczyła nie tylko docierania do kolejnych dokumentów i opisów, ale także „odkrywania” prawie na wszystkich cmentarzach wojennych I wojny światowej oddziałów z Górnego Śląska. Przy rozpoczęciu tej pracy nawet nie przypuszczałem, że oprócz frontu wschodniego i zachodniego książka stanie się pretekstem do odtwarzania działań wojennych na terenie dzisiejszej Rumunii, Słowenii, Włoch, czy Turcji. Jeszcze bardziej egzotyczne okazały się losy wojaków z Górnego Śląska w walce o niemieckie kolonie w Afryce i w Azji.

Z lokalnej historii, dzieje Górnoślązaków podczas I wojny światowej pozwoliły mi spojrzeć na losy konfliktów wojennych na przełomie XIX i XX wieku wraz z wielkimi migracjami tego okresu, jako na koniec starego świata ograniczonego dla większości mieszkańców Europy granicami własnej wsi czy miasteczka. To koniec prawdziwej historii lokalnej, a początek globalizacji, którą zbyt pochopnie przypisujemy dopiero drugiej połowie XX wieku.

2. Czy prowadząc swoje badania zauważał Pan istotne różnice co do tego jak nawzajem postrzegali się polscy żołnierze armii pruskiej (lub innych armii Cesarstwa) po roku 1918, w zależności od regionu, z którego pochodzili? W grę wchodzą przecież: Śląsk, Wielkopolska, Pomorze, Kaszuby, Warmia, Kujawy, czy Krajna? Temat ten nie jest i dla mnie odległy, gdyż z tej ostatniej pochodził mój stryjeczny dziadek, który jako artylerzysta zginął na kilkadziesiąt dni przed końcem wojny.

Te różnice są bardzo widoczne i sporo o nich piszę w mojej książce. Dotyczą różnych kwestii, począwszy od obyczajowych, a skończywszy na orientacjach politycznych.

W czasie wojny język był niewątpliwie dla Polaków w armii niemieckiej tym, co było czynnikiem identyfikującym i integrującym wspólnotę. Wielokrotnie takie właśnie spostrzeżenia z frontu, możliwości mówienia po polsku z innym żołnierzem, pojawiają się jako ważne przeżycia czy wspomnienia.

Jednocześnie jednak ci sami żołnierze piszą o różnicach pomiędzy poszczególnymi dzielnicami. Częste oceny odnoszące się do poszczególnych dzielnic są stereotypowe, powtarzane bezrefleksyjnie przez żołnierzy, niekiedy nawet przejmowane od Niemców. O Górnoślązakach pisze się jako o dobrych żołnierzach, karnych i posłusznych. Jednak są zarazem, według relacji żołnierzy z innych dzielnic, raczej zamknięci w sobie; a nierzadko, przez patriotycznie nastawionych i zaangażowanych już w działalność niepodległościową Wielkopolan, traktowani z nieufnością. Z kolei mieszkańcy Poznańskiego, w takich samych stereotypowych opisach, są nastawieni prawie bez wyjątku propolsko, ale przy tym chętnie unikają służby wojskowej, często symulują. Ci, którzy ich tak opisują posługują się także przejętym od Niemców pejoratywnym określeniem „kaczmarki”. Mazurzy widziani są z kolei przez swoich rodaków, w tym okresie, jako osoby cierpliwie znoszące swój los. Jednocześnie to silni, dumni, wolni chłopi, pochodzący z dużych bauerskich gospodarstw, co wpływa na ich częste narzekanie na braki w zaopatrzeniu i nędzny wikt żołnierski, daleko odbiegający od zasobnego stołu w rodzinnym domu.

Inaczej wyglądały te oceny po wojnie. Służba w tej samej armii podczas I wojny światowej, te same losy i tragiczne przeżycia, prowadziły do rodzenia się czegoś na kształt wspólnoty weteranów wojennych, niezależnie od miejsca pochodzenia. Oczywiście, często dzieliły ich powojenne losy, na przykład uczestnictwo bądź brak zaangażowania w walkach o suwerenność państwa polskiego w latach 1918-1922. Jednak z czasem pozostawała tylko ta sama pamięć o tragedii ojców, synów i braci, a fakt, że ich groby znajdowały się daleko od rodzinnych domów potęgował tylko mitologizację losów bliskich. Zwłaszcza, że rodziny często nie miały dostępu do informacji o rzeczywistym przebiegu służby swoich krewnych. Pozostałe po poległych listy i drobiazgi stawały się domowymi relikwiami. Ta sytuacja jest podobna w całej przedwojennej Polsce, w byłej tzw. Dzielnicy Pruskiej.

Elementem łączącym była także, po zakończeniu wojny, służba w Wojsku Polskim. Jednak podziały zaborowe w latach 20. były jednocześnie w WP nadal bardzo silne, a żołnierze i podoficerowie z armii niemieckiej z trudem uzyskiwali awanse na stopnie oficerskie, mimo niewątpliwie znacznego doświadczenia wojskowego. Pokutujący wówczas stereotyp, że dawni żołnierze armii kajzera doskonale się sprawdzają, ale co najwyżej do stopnia podoficera, był traktowany przez samych zainteresowanych jako krzywdzący i deprecjonujący ich rzeczywiste wyszkolenie i doświadczenie wojskowe. W okresie dwudziestolecia międzywojennego płacili za to, że w czasie wojny, w odróżnieniu od armii rosyjskiej i austriackiej, blokowano ich awanse na stopnie oficerskie. Zaś po zakończeniu wojny brak wykształcenia średniego zazwyczaj skutecznie uniemożliwiał im uzyskanie stopnia oficerskiego w WP. Dopiero wraz z wchodzeniem w dorosłe życie nowego pokolenia w latach 30. podziały te zaczęły się stopniowo zacierać, aczkolwiek nigdy nie zniknęły całkowicie.

3. Czy interesował się Pan sposobem, w jaki niemieccy historycy i badacze przedstawiają udział Polaków w wojnie 1914-18 w niemieckich szeregach? Czy są takie opracowania? Jaki mają wydźwięk?         

W zasadzie takich prac po prostu nie ma. Oczywiście, w Niemczech istnieje o wiele żywsza pamięć o I wojnie światowej niż w Polsce, jednak tematyka udziału Polaków w armii niemieckiej nie była do tej pory podejmowana jako odrębne zagadnienie. Częściej pojawia się dopiero we wspomnieniach po 1918 roku, ze względu na ostry spór narodowościowy o polską granicę zachodnią. To jednak inne zagadnienie, które można by było nazwać udziałem byłych żołnierzy kajzera w walkach o niepodległość Polski.

Wiedza na temat różnic w pochodzeniu regionalnym w armii niemieckiej podczas I wojny światowej uległa częściowo zmianie podczas obchodów 100-lecia wybuchu I wojny światowej, kiedy rozpatrywano różne okoliczności polityczne i militarne. Do tej pory za armię wielonarodową uznawano wyłącznie armię austro-węgierską, zresztą temu przypisując jej niższą wartość bojową. Okazało się jednak, że podobne zjawisko (wieloetniczności, reprezentacji wielu narodów), aczkolwiek rzeczywiście nie w takiej skali, występowało i w innych armiach: rosyjskiej (z powodu wielonarodowościowej struktury Rosji), francuskiej i angielskiej (wojska kolonialne i kontyngenty z dominiów brytyjskich), a nawet niemieckiej, gdzie znajdziemy oprócz Polaków także Alzatczyków i Lotaryńczyków oraz Duńczyków. (Ponadto nie należy zapominać o nadal istniejących różnicach regionalnych pomiędzy poszczególnymi krajami niemieckimi, czego najlepszym dowodem była ograniczona samodzielność odrębnej armii bawarskiej). Stopień zintegrowania tych różnorodnych oddziałów był oczywiście odmienny w poszczególnych armiach, ale problemy wywoływane np. odmiennością językową, kulturową, czy dziedzictwem historycznym, to ważny aspekt I wojny światowej. Do tej pory chyba nie znalazł on wystarczająco dobrego odzwierciedlenia w historiografii.

Po 2014 roku pojawiło się wiele opracowań niemieckich na temat podzielonej pamięci o konflikcie z lat 1914-1918. Wówczas między innymi poruszano niektóre aspekty pamięci o żołnierzach polskich. Żywe reakcje społeczne wzbudził konflikt o miejsca pamięci, szczególnie sprawa krzyży stawianych po 1918 roku, upamiętniających żołnierzy poległych w Wielkiej Wojnie, a obecnie znajdujących się w miejscowościach na terenie Polski. Ich renowacja spowodowała ożywioną dyskusję, prowadzoną także w mediach niemieckich. Problem stanowiło nie tyle samo upamiętnienie poległych z lat 1914-1918, co nie budziło wątpliwości, ale fakt, że na tych samych miejscach często pojawiały się późniejsze napisy z wykazami poległych Niemców w czasie walk powstańczych na Górnym Śląsku, czy też żołnierzy Wehrmachtu poległych w czasie II wojny światowej.

4. Czy doświadczenia wojny miały szczególny wpływ na późniejszą działalność „polskich żołnierzy kajzera” w ich środowiskach – organizacjach kombatanckich, wojsku, partiach politycznych, związkach zawodowych, podczas wojny 1939-45? Czy ta konkretna grupa żołnierzy, obarczona swoim doświadczeniem, charakteryzowała się jakąś odrębnością w stosunku do swoich rodaków? I jak, z kolei, traktowała ich ludność niemiecka i władze III Rzeszy w okresie 1939-45?

W praktyce służba w wojsku niemieckim podczas I wojny światowej nie była, odwrotnie niż po 1945 roku, obarczona odium odpowiedzialności za tę wojnę. Dla wszystkich Polaków, niezależnie od dzielnicy, z której pochodzili, było to przecież wspólne doświadczenie walki w obcej armii. Problem służby wojskowej nie pojawia się więc, zupełnie inaczej niż w 1945 roku, jako odrębne zagadnienie na Górnym Śląsku, Pomorzu, czy Mazurach. Świadczy o tym również masowość uczestnictwa tych samych żołnierzy w walkach o niepodległość Polski: de facto oni tworzą Armię Wielkopolską, walczą w powstaniach górnośląskich, biorą udział w wojnie z Rosją sowiecką.

Inaczej jest z etnicznymi Niemcami (międzywojenną mniejszością niemiecką w Polsce), ale to zupełnie odrębne zagadnienie. W przypadku tej grupy kultywowanie pamięci o Wielkiej Wojnie wynikało z chęci utrzymania związków z niemiecką wspólnotą narodową.

W czasie okupacji nastąpiła częściowa zmiana tego nastawienia, szczególnie na terenach wcielonych do Rzeszy. Uczestnictwo w walkach w armii cesarskiej było zazwyczaj wystarczającym argumentem do otrzymania volkslisty, chyba że służba skończyła się dezercją, lub aktywnym udziałem w walkach z Niemcami w czasie powstania wielkopolskiego lub powstań śląskich (nawet to zresztą nie chroniło w wielu wypadkach przed poborem do Wehrmachtu). Nie oznacza to jednak, że było to jakieś ważne kryterium podziału. Dawnych żołnierzy kajzera spotkamy też w polskim ruchu oporu. Decydowały postawy okupanta wobec tzw. ludności rodzimej w poszczególnych okręgach Rzeszy i w Generalnym Gubernatorstwie, a nie to, czy ktoś służył w armii niemieckiej podczas I wojny światowej. Doskonale zdawano sobie sprawę, że był to obowiązek w tamtych latach i nie można było traktować założenia niemieckiego munduru jako zdrady narodowej.

5. Losy Alzacji, Lotaryngii i Górnego Śląska spaja wspólny element: długoletnie panowanie Niemiec oraz dwu- czy nawet trójkulturowy skład tych prowincji? Jaka była w Niemczech percepcja Pańskiej publikacji Alzacja/Lotaryngia a Górny Śląsk?

W kilku tekstach zajmowałem się porównywaniem obu tych regionów, których historia w kilku elementach rozwija się od XVII wieku paralelnie. Zainteresowanie tym zagadnieniem w Niemczech, ale także i w Strasburgu było spore. Bardziej zresztą związane z udziałem Polaków w walkach w Wehrmachcie (do Strasbourga trafiło wielu Górnoślązaków do tamtejszej jednostki szkoleniowej), niż w armii kajzerowskiej.

Jest ciekawe, że w Alzacji, by wyraźnie odróżnić żołnierzy walczących w armii niemieckiej konsekwentnie używa się terminu „przymusowo wcielonych” (niem. Zwangsrekrutierte; fr. malgre-nous). Z góry definiuje to nastawienie większości powołanych do służby w armii niemieckiej jako zmuszanych do walki. W Polsce tylko sporadycznie pojawia się pojęcie przymusowo wcielonych, najczęściej mówimy o rekrutach lub zmobilizowanych, co potocznie utożsamia tę grupę z pozostałymi Niemcami służącymi pod rozkazami niemieckimi.

Bardzo dobrze w Alzacji rozpoznano, dzięki zachowanej dokumentacji archiwalnej i zbieranym odpowiednio wcześniej wspomnieniom i relacjom, wszystkie aspekty służby w armii niemieckiej (np. udział w walkach floty niemieckiej, takich prac w ogóle nie ma w polskiej literaturze; problem dezercji, ale nie na podstawie epizodycznych przykładów, lecz w oparciu o pełne dokumenty z zasobu byłego niemieckiego sądu wojskowego). Szczególnie w tej ostatniej sprawie, dezercji, byłoby ważne podjęcie takich badań również w Polsce. Dokładnie wiemy gdzie znajdują się te materiały, potrzeba tylko solidnego projektu badawczego, który pozwoliłby na pokazanie w szczegółach problemu dezercji z armii niemieckiej w czasie II wojny światowej. Dobrze rozpoznana jest także sytuacja służby Alzatczyków na froncie wschodnim, czego u nas wyraźnie brakuje. Pod tym względem można powiedzieć, że wciąż znacznie ustępujemy francuskiej historiografii.

Pozostaje tylko zaapelować, by można było zrealizować taki szeroko zakrojony plan badawczy, umożliwiający prześledzenie zaangażowania dezerterów w Polskich Siłach Zbrojnych, a ponadto w ruchu oporu krajów okupowanych.

Ciągle otrzymuję wiele pytań dotyczących tych zagadnień. Dotyczą one nie tylko PSZ, ale także udziału w walkach Resistance, partyzantki we Włoszech, Norwegii, czy na Bałkanach. Szkoda, że do tej pory nie udało się nawet uruchomić takiego programu badawczego. Tego typu projekty zrealizowano już we Francji, Słowenii, coraz więcej na ten temat znaleźć można w historiografii czeskiej i krajów bałtyckich. Chyba najwyższy czas na rozwinięcie takich poszukiwań, pokazujących drugą stronę służby Polaków w armii kajzera i w Wehrmachcie, czyli: problemu dezercji, karania dezerterów, działalności niemieckiego sądownictwa wojskowego, a przede wszystkim zakresu uczestnictwa w walkach przeciwko armii niemieckiej „przymusowo wcielonych”.

6. Czym dla Pana, doświadczonego, utytułowanego naukowca, było zdobycie Nagrody Identitas w 2015, otrzymanie jej z rąk profesorów Paczkowskiego i Chwalby? Jak traktuje Pan tego typu wyrazy uznania? 

Otrzymanie nagrody dla każdego autora książki jest powodem do dużej satysfakcji, świadczy bowiem że książka została dostrzeżona, co dzisiaj nie jest znowu sprawą tak oczywistą. Mamy przecież do czynienia z jednej strony z prawdziwym zalewem publikacji historycznych, a z drugiej strony z obniżaniem kryteriów oceny naukowej takich książek.

To, że decyzje o przyznaniu nagrody „Identitas” oddano w ręce autorytetów naukowych w naszym środowisku, profesorów Chwalby i Paczkowskiego, stanowi olbrzymią satysfakcją zawodową dla każdego nagrodzonego autora.

Oczywiście, kilkadziesiąt lat pracy w tym zawodzie i wiele publikacji naukowych w kraju i za granicą, pozwala mi, pewnie nieskromnie, powiedzieć, że osiągnąłem satysfakcję zawodową. Ocena walorów literackich książki ze strony jury Nagrody „Identitas” była jednak dla mnie wyjątkowo ważna. Historycy już od wielu dziesiątków lat wahają się, czy iść w stronę narracji ściśle naukowej, do czego skłania zresztą konieczność awansów naukowych, czy też utrzymywać, zrodzony u samych początków pisania o przeszłości, także walor narracyjny swoich opracowań. Dla mnie ten drugi element, chęć dotarcia także do zwykłego czytelnika poprzez możliwie prosto opowiedzianą historię, był przy pisaniu książki o Polakach w armii kajzera bardzo ważny. Tylko tak mogłem przywołać na powrót pamięć o nich. I w pewnym sensie, jak by wskazywała na to opinia jury, to mi się udało.

Kiedy więc pada pytanie o to, jaka jest dla mnie, jako już doświadczonego naukowca, wartość tego wyróżnienia, to przede wszystkim jest to właśnie zachęta do opowiadania o historii nie tylko moim kolegom po fachu. Wskazówka, by zwykłym odbiorcom pokazywać jak fascynująca jest przeszłość, w bliski im sposób, poprzez obserwowanie zwykłych ludzi, a nie tyko poprzez odkrywanie procesów dziejowych.

W przypadku tego wojennego tematu ciągle mam przed oczyma jednego z moich setek tysięcy bohaterów, młodego żołnierza Wallisa, który w okopach I wojny światowej spędził prawie całe swoje dojrzałe życie. Zmobilizowany jako 19-latek w 1915 roku zginął na froncie zachodnim w przeddzień zakończenia wojny, w październiku 1918 roku, a jego ciała nigdy nie odnaleziono. Tragizm losów Willisa polegał jednak nie tylko na tym, że zginął właśnie kiedy wojna się kończyła, u progu swojego dorosłego życia. Niemniej dramatyczne jest narzucające się pytanie, jak z takim doświadczeniem życiowym przystosowałby się on, młody i wrażliwy mężczyzna, do życia w czasie pokoju? A ponadto ile takich niedokończonych biografii, może wybitnych pisarzy, może malarzy, muzyków, filozofów, polityków, lekarzy, swoje życie przedwcześnie zakończyło w błocie okopów, albo na niewielkim obszarze ziemi niczyjej pomiędzy obydwoma strefami okopów?

Pytanie o bezsens wojny, refleksja nad tragedią losów wojennych wielokrotnie nurtowała po I wojnie światowej wybitnych europejskich pisarzy i filozofów. Wydawało się, że ówczesny świat klerków, jak nazywał ich Czesław Madajczyk, wystarczająco bezkompromisowo ocenił bezsens wojen, u którego podłoża legł ślepy nacjonalizm i głupota polityków. A mimo to wystarczyło zaledwie 20 lat, by wybuchł jeszcze straszniejszy dla Europejczyków konflikt wojenny. Narody Europy dały się uwieść bez trudu tym razem demagogom nawołującym bądź do obrony cywilizacji Zachodu, bądź do budowy państwa wiecznej szczęśliwości. Po raz drugi także, mimo ostrzeżenia z lat 1914-1918, zwykły żołnierz na froncie był tylko ubezwłasnowolnionym przedmiotem konfliktu.

Myślę, że kiedy historyk opowiada o biografiach nie fikcyjnych, ale prawdziwych ludzi, to taka narracja niespodziewanie staje się lepszą antywojenną deklaracją niż dziesiątki mądrych zdań zawartych w rozmaitych manifestach czy też rozważaniach filozoficznych. Zgodnie z łacińską sentencją wprawdzie słowa nas uczą, ale tak naprawdę przyciągają przykłady. W takim rozumieniu Wallis nie jest więc bohaterem wojennym, ale antybohaterem. Jest tylko zwyczajnym młodym chłopakiem, który chce przeżyć. Reprezentuje całe pokolenie, którego głównym doświadczeniem było przezwyciężenie, a może tylko oswojenie, strachu przed wyjściem z okopów na pewną śmierć. To jest przesłanie jego pokolenia dla nas. Powinniśmy sobie wyobrażać nie tyle jego, ile nas na pierwszym szczeblu drabiny wystającej z okopu, kiedy czekamy na gwizdek oznaczający prawie pewną, połączoną z niesamowitym cierpieniem, śmierć w samotności. Wallis i jego koledzy przeżywali tę chwilę wielokrotnie, to prawie jak gdyby przeżywali ciągle na nowo swoją śmierć. Dzisiaj nienawidzi się wojny na samą myśl o takim życiowym doświadczeniu. W tekście czysto naukowym ta jednostkowa perspektywa gdzieś się jednak zatraca. Wallis przywraca prawdziwą traumę tego przeżycia.

Nagroda „Identitas” dała mi pewność tego, że historia to nie tylko poznanie, aczkolwiek ono jest najważniejsze, ale także ludzkie, jednostkowe emocje są materiałem, do którego historyk powinien sięgać. Tylko tak może spełniać swoje podstawowe zadania – opisywanie i wyjaśnianie ludzkich czynów.

7. Czy w Polsce w wystarczający sposób debatujemy nad tożsamością, jej historią i ewolucją? Czy jest to odpowiednio głęboka analiza? Czego robimy za mało, co robimy niewłaściwie? Jak w poprawie tego stanu rzeczy mogą pomóc organizacje takie, jak Fundacja Identitas?

Moim zdaniem w Polsce, kiedy rozmawiamy o naszej tożsamości mamy dzisiaj duże problemy z jednoczesnym akceptowaniem różnorodności kultur, religii, obyczajów i odmienności regionalnych. Zatraciliśmy gdzieś to, co było chlubą I Rzeczypospolitej w jej złotym okresie: tolerancję i umiejętność przyciągania oraz przyswajania wszystkiego tego, co najlepsze w innych kulturach. Pewnie ze względu na zrodzony w XIX wieku imperatyw odzyskania niepodległości i budowy państwa narodowego, to jedno z najwspanialszych doświadczeń w polskiej historii, łatwość procesów akulturacji zanikła.

Ta cecha stała się jeszcze bardziej widoczna po zasadniczych zmianach granicznych i wymuszonych decyzją aliantów: transferze ludności i przyjęciu zasady homogeniczności Państwa Polskiego po 1945 roku. Z tego wprost zrodziła się jednolita wersja narracji historii Polski oparta na nadrzędności budowy i obrony państwa narodowego.

Mnie zdecydowanie bliższy jest model tożsamości, który za Lechem Nijakowskim nazywam „krytycznym”. Na poziomie ogólnopolskim oznacza to nie jedność, ale wielość wspólnot pamięci. To szansa na przetrwanie oryginalnej i niepowtarzalnej historii i kultur różnych regionów i religii, bez zagrożenia dla wiodącej narracji o polskiej tożsamości narodowej. To także szansa odrzucenia nacjonalizmu z jego wszystkimi zgubnymi konsekwencjami, także oczywiście nacjonalizmów regionalnych. To szansa na budowę społeczeństwa obywatelskiego, w którym pojęcie narodu polskiego rozumiane jest nie etnicznie, ale tak jak w całej współczesnej Europie poprzez subiektywne odczucie i gwarancje państwa prawa dla wszystkich obywateli.

Postulowana różnorodność w opowiadaniu o historii może się odbywać z inicjatywy i przy wsparciu niezależnych organizacji społecznych. Jest zrozumiałe, że państwo zainteresowane jest głównie wspieraniem narracji integrującej. Tymczasem kultywowanie odmienności (kulturowych, etnicznych, regionalnych wyznaniowych), stanowiących jeden z ważniejszych czynników naszej identyfikacji, która jest przecież wielowymiarowa – to właśnie zadanie dla takich stowarzyszeń jak „Identitas”. Wsparcie dla historiografii „krytycznej”, nie „brązowniczej”, pokazującej obszary historii Polski niedocenianej ze względu na odmienność od głównego nurtu, a niekiedy wręcz uznawanych za sprzeczne z oficjalną polityką historyczną. „Identitas” rozumiem tutaj więc jako jedność w różnorodności, a nie budowanie zmitologizowanej wersji jednolitości wspólnoty narodowej.

Warunkiem niezbędnym do uznawania prac historycznych za wartościowe musi być jednak nie tylko ich nonkonformizm, ale także poprawność warsztatowa i metodologiczna. Krytyczna ocena przeszłości nie może opierać się wyłącznie na postawieniu kontrowersyjnej tezy popartej wybranymi przykładami. Cechą takiej pracy musi być przebadanie możliwie szerokiego zasobu źródłowego i wykorzystywanie w coraz większym stopniu badań interdyscyplinarnych.

Nowatorstwo w sposobie spojrzenia na nasze dzieje i wypełnienie wymogów warsztatowych (opracowanych przez wiele pokoleń historyków przez setki lat), znanych pod nazwą obiektywizmu i krytycyzmu źródłowego, powinno kwalifikować prace historyczne do nagrody historycznej. Nagroda „Identitas” winna łączyć racjonalną refleksję naukową z mądrym, krytycznym wobec siebie patriotyzmem.

8. Które prace historyków  z roku 2015 osobiście rekomendowałby Pan uwadze Jury Nagrody?

 W ubiegłym roku zwróciłem uwagę na trzy opracowania historyczne, które moim zdaniem spełniają powyżej definiowane cele „Identitas”, a ponadto były one dla mnie również podstawą dużej satysfakcji jako zwykłego czytelnika. Tymi pracami są (kolejność jest alfabetyczna, nie ustalałem jej pod kątem tego, która z nich jest najlepsza):

– Kalinowska-Wójcik Barbara, Między wschodem i zachodem. Ezechiel Zivier (1869-1925) Archiwista i historyk, Wydawnictwo „Frodo”, Katowice 2015;

– Urbańczyk Przemysław, Zanim Polska została Polską, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika, Toruń 2015;

– Zamoyski Adam, Święte szaleństwo. Romantycy, patrioci, rewolucjoniści 1776-1871, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

 

– Bardzo Panu dziękuję za rozmowę i czekam na dalsze prace!

 

Ryszard Kaczmarek (ur. 1959) historyk, profesor nauk humanistycznych i wykładowca na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Był między innymi stażystą i stypendystą Fundacji Eberta, Instytutu im. Herdera i Uniwersytetu w Tybindze. Ma reputację wybitnego badacza dziejów ostatnich dwóch stuleci Górnego Śląska, szczególnie zaś ziemi pszczyńskiej. Jest autorem kilkudziesięciu publikacji w Polsce i w Niemczech. Za dzieło „Polacy w armii kajzera” otrzymał w grudniu 2015 roku Nagrodę Identitas.

 

Tomasz Kaźmierowski (ur. 1967) ukończył prawo na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz wyższą szkołę handlową we Francji (ESC de Bretagne). Przez dwadzieścia lat pracował w międzynarodowych firmach (Nestle, Pepsi, Canal+, Citibank, Alfa Bank, Amsterdam Trade Bank) w Polsce, Rosji i Holandii. Współtworzył Inteligo. Jest założycielem Fundacji Identitas. Ostatnio opublikował „Podróże z kwasem garbnikiem i słodyczą” (Zysk & S-ka).