next →

Palus sarmatica K.Koehlera z Nagrodą Identitas – laudacja Krzysztofa Masłonia

Krzysztof Masłoń

POLSKOŚĆ ZAKLĘTA

„Palus sarmatica” Krzysztofa ­Koehlera nazywana bywa najczęściej błyskotliwym, przebojowym esejem – rozpisanym na hasła sprawiające, że rzecz cała przypomina leksykon – o kulturze i cywilizacji staropolskiej, o życiu prowadzonym w sarmackiej Rzeczypospolitej. W toku lektury pojawiają się jednak znaki zapytania. Bo i cóż to za sarmatyzm, skoro sam autor przyznaje, że używa tego słowa w istocie z konieczności, a zawsze z bólem serca? Przyjęło się bowiem – i nijak nie daje się tego wyplenić – mówić „sarmatyzm”, a myśleć „ciemnogród”. Odkąd w oświeceniu zarzucono tamtej epoce obskurantyzm, ksenofobię, religianctwo i czort wie co jeszcze, odtąd kolejne pokolenia Polaków, niestety – Polaków, powtarzały te pojęcia jak za panią matką, zawsze w tym samym celu: by rzeczpospolitą szlachecką, republikę, tfu, sarmacką, ośmieszyć i poniżyć. Owszem, te szlacheckie podgolone łby – ukochane przez Jarosława Marka Rymkiewicza, a nie mniej przez Krzysztofa Koehlera, choć zdarza mu się z nich, zawsze z klasą, dworować – nazywały siebie Sarmatami, swoją ojczyznę nazywały Sarmacją, ale o żadnym sarmatyzmie nikomu nie opowiadano, bo właściwie nie wiadomo, co miałoby się kryć za tym słowem.

A skoro tak, to i ja pozwolę sobie nieco inaczej spojrzeć na to uhonorowane Nagrodą Identitas dzieło Krzysztofa Koehlera i odczytać je jako opowieść o Polsce i Polakach. Opowieść zanurzoną w przeszłości, ale odnoszącą się do teraźniejszości, odczytywaną przez pryzmat bieżącej polityki, kultury, obyczajowości. Opowieść o tym, jacy byliśmy i jacy jesteśmy.

Ukazuje więc np. Krzysztof Koehler Sarmację jako przedmurze chrześcijaństwa. A cóż to za odkrycie? –  ktoś się obruszy. Otóż Koehler jest precyzyjny i zaraz wyszczególnia: Rzeczpospolita broniła Europy katolickiej, tej rzymskiej, dziś znajdującej się w odwrocie, sekowanej, obwinianej o grzechy popełnione i niepopełnione. I przypomina, że pierwszy rozbiór Polski, który na szczęście nie doszedł do skutku, planowany był jeszcze w XVII stuleciu w Radnot, w Siedmiogrodzie, gdzie ziemiami polskimi dzielić się chcieli szwedzki król Karol X Gustaw, brandenburski władca Fryderyk Wilhelm, Jerzy II Rakoczy z Siedmiogrodu i znani nam aż za dobrze Bohdan Zenobi Chmielnicki i Bogusław Radziwiłł. Z tej śmiertelnej opresji Rzeczpospolita wyszła obronną ręką i dała sobie radę z tym sprzymierzeniem wrażych sił, którym kibicowała cała – jak ją nazywa Koehler – „międzynarodówka protestancka”. Uważny czytelnik „Trylogii” Sienkiewicza wie, że siła zawdzięczać powinniśmy takim obrońcom ojczyzny jak powieściowy Kmicic, ale decydującą rolę odegrała tu jednak – cytuję Koehlerowego „Palusa…” – „Matka Boska, która nie pozwoliła zdobyć Szwedom swego sanktuarium jasnogórskiego”. I w tym miejscu przypomina autor śluby złożone przez Jana Kazimierza w katedrze lwowskiej przed obrazem Matki Boskiej Łaskawej. I pomyśleć, że gdyby inaczej ułożyły się losy wojen toczonych wtedy przez Rzeczpospolitą dosłownie wszędzie, protestancki Zachód nie posiadałby się ze szczęścia, a – znów cytuję – „John Milton mógłby gratulować królowi szwedzkiemu zgruchotania Polski, baszty papizmu”.

Dla ludzi z mojego pokolenia, którzy wykształcenie odebrali w PRL, takie mocno niepoprawne politycznie sformułowania leją miód na serce. Jednak z Sarmacji czyniono karykaturę i później. Dla przyzwoitości porzucono już wprawdzie brednie o opium w postaci religii, które ponoć wsączał maluczkim prymitywom straszliwy kler. Po staremu jednak tumaniono uczniów i studentów „feudalizmem”, „wyzyskiem”, „szlachetczyzną”. Niestety, już w wolnej Polsce – o czym Krzysztof Koehler mówi z, nazwijmy to, melancholią – przeciwstawiano perspektywę „europejskości” dawnej polskiej „zaściankowości”, „postmodernizmowi” – „tradycjonalizm”. W skrócie: sarmackość i wszystko, co z nią związane, to był obciach. Ostatnio pojawiły się zagadnienia „kolonizacji”, „hegemonii kulturowej”, „wykluczenia mniejszości”, „szlacheckiego antysemityzmu”, a wreszcie „niewolnictwa”. Tak sobie myślę, że pseudonaukowcy z PAN-owskiego Instytutu Badań Literackich z lat 50. byliby usatysfakcjonowani, a niektórzy z nich przeszczęśliwi.

Pozwalam sobie na żarty, ale sprawa bynajmniej nie jest wesoła. Profesor Maria Janion, która przecież w toku całej swej długiej pracy naukowej propagowała polski romantyzm, na koniec doszła do wniosku, że to nieodłącznie związany z nim mesjanizm jest winny wszystkich narodowych nieszczęść. Teraz powinniśmy wstydzić się za nasze osadnictwo na wschodzie, obronę kresów Rzeczypospolitej, za Mohortów, za Wołodyjowskich, za kontrreformację, wszędzie wietrząc kolonizatorstwo, ucisk chłopa pańszczyźnianego, antysemityzm itp., itd.

W 1979 r. w Muzeum Narodowym w Krakowie otwarto wystawę Marka Rostworowskiego „Polaków portret własny”. Obejrzało ją ponad 80 tys. widzów. Największym zainteresowaniem cieszyły się właśnie szlacheckie wizerunki. Nie zapomnę tego, jak wpatrywaliśmy się wtedy w te podgolone łby, w te sumiaste wąsiska, widząc w twarzach przodków tych, którzy bronili nas przed barbarią, wówczas przychodzącą ze wschodu. Dzisiaj oglądać się musimy na wszystkie strony.

Ciężki błąd popełniłby jednak ten, kto w książce Krzysztofa Koehlera chciałby widzieć jedynie proste odwrócenie znaków, w skrócie – dajmy na to – oddanie sprawiedliwości barokowi kosztem oświecenia. O Andrzeju Fryczu Modrzewskim autor powiada np., że długo widział w nim twórcę zapowiadającego jakąś modernizującą formację intelektualną, a był on – tak teraz uważa – autorem najważniejszej być może oryginalnej teorii politycznej Polaków. Przy okazji zwierza się Koehler ze swojego zwyczaju zastanawiania się, czy np. Jan Kochanowski byłby dzisiaj zwolennikiem Unii Wolności i tego, co z niej zostało, czy przeciwnie – miałby stały felieton w „Naszym Dzienniku”. To jest dopiero pytanie!

Ta książka co i rusz zaskakuje czytelnika. Bo i z ręką na sercu co przywodzą państwu na myśl słowa „Godzinek o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny”? Przypomnę: „Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę Świętą / Zacznijcie opowiadać cześć Jej niepojętą”. Mam niejasne poczucie, że niektórym skojarzą się jedynie ze sceną ze sfilmowanej „Konopielki”, gdzie Anna Seniuk zawodzi te godzinki właśnie. A przecież, o czym zaświadcza Jan Chryzostom Pasek, z tymi słowami szła na bój polska szlachta w bitwie pod Połonką w 1660 r. W bitwie z Rosją. Za anachronizm uznawali widzowie „Pierścionka z orłem w koronie” Andrzeja Wajdy scenę, w której wywożeni na Wschód żołnierze Armii Krajowej wchodzą do wagonów, śpiewając „Bogurodzicę”. Zmyślenie? Jeśli nawet, to prawdziwe.

Koehlera w dawnej Polsce interesuje wszystko. Od idei i wyobrażeń politycznych do mody, chorób, higieny czy zwyczajów żywieniowych. Nie ukrywam, że szczególnie zainteresował mnie – i uradował – rozdział poświęcony napitkom, w których gustowali Sarmaci. Otóż wodę uznawali za niebezpieczną dla zdrowia, co pewnie mocno zdziwi obecnych degustatorów tej niegazowanej lub gazowanej cieczy. Nieprzypadkowo Klemens Janicki, ukochany poeta śp. Zygmunta Kubiaka, w „Elegii o sobie samym dla potomności” pisał:

 

Od pacholęcia aż do lat dwudziestu

Piłem jedynie wodę. Stąd jak myślę,

Zaczęła chorzeć wątroba. Ta woda

Niegdyś wypita dławi moje życie.

 

No i, jak wiadomo, zadławiła. Janicjusz zmarł w młodym wieku, prawdopodobnie 27 lat, na puchlinę wodną. No właśnie, szlachta piła piwo, wino – głównie węgrzyny, tokaje – gorzałeczkę mniej może, ale jeśli już, to do spodu. A woda? Czyż my zwierzęta, żebyśmy ją pili?

Posłużyłem się cytatem z Klemensa Janickiego nieprzypadkowo. Czytelnik może bowiem potraktować „Palus…” Krzysztofa Koehlera (nawiasem mówiąc, oznacza on moczary, grzęzawisko, z pewnością coś, co wciąga – tak jak lektura tej książki) niczym wypisy z poezji staropolskiej. Słabo znanej, a w dużej części wyśmienitej, zabawnej, ale i wzruszającej. Po prostu pięknej.

Nagrodą Identitas honorujemy twórcę wszechstronnego, działającego na wielu różnych polach kultury. Bo i naukowca, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, wicedyrektora Instytutu Książki, a w znów nie tak odległej przeszłości szefa TVP Kultura, autora filmów dokumentalnych, ośmiu zbiorów wierszy, powieści, antologii poezji sarmackiej, rozpraw i tomów eseistycznych. A co nas tu najbardziej interesuje: świetnego znawcę literatury i kultury staropolskiej, o której opowiadając, uwrażliwia nas na polskość zaklętą w ojczystym słowie, historii, tradycji i krajobrazie.

„Do Rzeczy” 1/2018 © ℗  Wszelkie prawa zastrzeżone