Nagroda Specjalna Identitas dla Macieja Pieprzycy. Laudacja Andrzeja Horubały

MOCNY GŁOS MACIEJA PIEPRZYCY

Dwa, zupełnie odmienne, a przecież fenomenalne, filmy są dzisiaj powodem naszego święta. Pierwszy to „Chce się żyć” – opowieść o niepełnosprawnym Mateuszu, który przebija się do świata ze swoim komunikatem, że nie jest rośliną. Drugi to opowieść o ludzkim upadku ubrana w formę milicyjnego thrillera – „Jestem mordercą”.

Za te filmy chcemy dzisiaj wręczyć Maciejowi Pieprzycy, ich scenarzyście i reżyserowi nagrodę specjalną Fundacji Identitas dla twórcy pochodzącego ze Śląska.

Gdy – jako jury – dowiedzieliśmy się o ustanowieniu takiego wyróżnienia i poproszeni zostaliśmy o werdykt, podjęliśmy decyzję bez wahania.

Maciej Pieprzyca. Twórca stąd. Urodzony w Katowicach, wzrastający w Tychach, studiujący na tutejszym uniwersytecie. Od pierwszych swoich obrazów dokumentujący swój związek ze Śląskiem, dość wymienić „Barbórkę” – wspaniały poemat na cześć regionu czy nagrodzone w Gdyni za debiut „Drzazgi” z szyderczymi zresztą scenami o biedaszybach i manieryzmie śląskich opowieści.

Maciej Pieprzyca, twórca stąd, ale przecież twórca uniwersalny, który choć często odwołuje się do swych korzeni, tworzy dzieła rozumiane na całym świecie.

Nie jest to więc w żadnej mierze nagroda regionalna, lokalna.

Macieja Pieprzycę honorujemy nagrodą Identitas jako artystę, którego głos, gdy pytamy o dziedzictwo, o wartości brzmi bardzo mocno i klarownie.

Jego dwa dojrzałe filmy – „Chce się żyć” oraz „Jestem mordercą” to obrazy przeniknięte głębokimi pytaniami o dobro i zło, o miłość, i kondycję moralną współczesnego człowieka.

TRUDNA AFIRMACJA

W „Chce się żyć” Pieprzyca pełen empatii pokazuje nie tylko losy chłopaka z czterokończynowym porażeniem, próbującego nawiązać kontakt z otoczeniem, ale i tworzy niesamowitą opowieść o macierzyńskiej miłości, o rodzinie, która przez niepełnosprawność zostaje wystawiona na ciężką próbę.

Jest twórcą uczciwym, więc choć łagodzi swój obraz rezygnując miejscami z drastycznego naturalizmu – nie kreśli sentymentalnej laurki, lecz sygnalizuje wiele trudnych spraw dotyczących opowiadanej historii.

Wielka rola świetnie prowadzonego przez Pieprzycę Dawida Ogrodnika, wspomaganego w wykreowaniu postaci Mateusza przez Kamila Tkacza, wcielającego się w dziecko, powoduje, że chłopak wykonujący ptasie przyruchy, wygięty na wózku, pełzający po ziemi, ze wzrokiem niepotrafiącym oddać uczuć, przynosi nam opowieść o ludzkiej nadziei i przezwyciężaniu ograniczeń. Owszem, płaczemy od samego początku, ale przecież Pieprzyca zdejmuje od czasu do czasu stopę z pedału gazu i daje odetchnąć oraz pomyśleć, a nawet się pośmiać.

Umiejętnie miesza reżyser wysokie z niskim, pokazując Mateusza nie tylko jako wywołujący współczucie kłębek ludzkiego nieszczęścia, ale człowieka targanego różnymi emocjami: rozpaczliwym pragnieniem miłości, budzącym się erotyzmem, obdarzonego zmysłem obserwacji z nutką cynicznego humoru, czasem niesprawiedliwym w ocenie innych, także najbliższych…

Maciej Pieprzyca stara się przedstawić życie Mateusza oraz jego rodziny w sposób zniuansowany. Obok poruszającej heroicznej matki (Dorota Kolak), mamy więc postać ojca (w tej roli Arkadiusz Jakubik), próbującego zamienić życie syna w jedną wielką przygodę. Mamy też sygnały, że niepełnosprawny w domu powoduje dysfunkcje rodzinne. Alkohol będący przyczyną śmiertelnego wypadku ojca, zazdrość i złość siostry odsuniętej przez matkę na drugi plan, później rozpad jej małżeństwa, eskapizm brata wybierającego karierę dalekomorskiego marynarza pokazują, że upośledzenie dziecka nierzadko stanowiąc dla najbliższych głębokie wprowadzenie w misterium człowieczeństwa i drogę do gorzkiej dojrzałości, bywa brzemieniem prawie nie do uniesienia.

Obraz rodziny Mateusza jest mimo to wielką pochwałą wspólnoty. Świętowanie zainstalowania pierwszego telefonu i słuchanie nagrania zegarynki przez Mateusza, rytuał rozpakowywania paczek z Niemiec, próby rozłupania kokosa… Wspólne zabawy i wspólne dojrzewanie, wspólne przeżywanie naszej narodowej historii. Apoteoza rodziny, będącej dla osób niepełnosprawnych bezpiecznym portem. Czasem jedynym wśród wrogiego otoczenia.

Film Pieprzycy mimo że pełen wyciszonych, przeciągniętych obrazów cichej tragedii i smutku, jest przecież bardzo gęsty: widzimy i historię schyłku PRL, i początków nowego, i opowieść o sąsiedzkiej solidarności, i wreszcie o miłości, która może okazać się chorym uczuciem (kapitalny epizodyczny wątek Marka Kality, reprezentanta klasy średniej, opowiadającego, a jakże o zagranicznych wojażach, karanego przez toksyczną córkę)…

Oszczędnie filmowany, nie podkręca emocji za pomocą subiektywnych zdjęć czy bliskich, ekspresyjnych kadrów, choć część obrazów robiona jest z poziomu podłogi, przypominając nam perspektywę pełzającego często po ziemi Mateusza.

Przywołajmy z pamięci dwuminutowe nieruchome ujęcie, gdy statyczna kamera pokazuje czworo bohaterów: terapeutkę, siostrę oraz matkę, przewracającą strony z książką symboli, z której Mateusz układa zdanie „nie – ja – roślina”…  Płaczemy razem z bohaterami, współczujemy z nimi, a Pieprzyca trzyma nieruchomy kadr…

Płaczemy i oglądamy film nieuchylający dramatycznych pytań, niewpadający w bajkę i niekończący się cudownym uzdrowieniem czy sielanką. W finale Mateusz po prostu powtarza sobie w myślach słowa pielęgniarza, który starał się zarazić swoich podopiecznych optymizmem. „Jutro będzie piękny dzień…”. I brzmi to jak piękny trudny, pełen nadziei hymn.

FILM MOCNIEJSZY OD LISTÓW PROTESTACYJNYCH

I drugi film. Następny w dorobku Macieja Pieprzycy. Późniejszy o trzy lata, ale przecież rodzony przez dekady, poczynając od dokumentu reżysera z roku 1998 o sprawie Wampira z Zagłębia.

„Jestem mordercą”, także – tak jak „Chce się żyć” poprzedzony jest informacją „Film zainspirowany prawdziwymi zdarzeniami”.

„Jestem mordercą” to wstrząsający obraz moralnego upadku człowieka, zahipnotyzowanego przez system, wabionego błyskotkami i pozorami sukcesu. Opowieść osadzona w latach siedemdziesiątych, kapitalnie pastiszująca rozkwitające wówczas kino moralnego niepokoju, przywołuje ówczesne – jakże dziś żałosne – atrybuty prestiżu: szeregowy segment, kolorowy telewizor, meblościankę z kryształami. Ale przecież, choć rozgrywany w starych dekoracjach, film – oglądany teraz – okazuje się silniejszym od podpisywanych listów protestacyjnych do władz, apelem o opamiętanie.

Apelem kierowanym do ludzi w korporacjach, ale także w administracji czy mediach.

Mniejsza o dyspozycyjne służby i sądownictwo, choć film niezwykle mocno zrymował się ze współczesnością. Najbardziej wstrząsa obraz deprawacji człowieka, który zagłuszając własne sumienie, ścigając mordercę, na koniec, gdyby stanął w prawdzie, winien rzec o sobie: „Jestem mordercą”.

Pieprzyca każe nam śledzić losy młodego milicjanta, który dostaje życiową szansę: oto, choć niedoświadczony, postawiony zostaje na czele grupy dochodzeniowej mającej wyśledzić i ująć seryjnego zabójcę kobiet. W głównej roli  popis daje Mirosław Haniszewski ze stuhropodobną gębusią, niczym filmowy „Wodzirej”, lekko mordziasty z mięsistymi policzkami, trochę przystojniejszy niż krakowski aktor, ale równie przekonujący… Ale przecież ta opowieść prowadzona wśród kapitalnych rekwizytów z epoki – garniturów o szerokich klapach, dziwnych fryzur, starych aut, telefonów, wszędzie jaranych papierochów i pitej wódy, nie jest obrazkiem z przeszłości. Mimo że zwierzchnicy Haniszewskiego śmieszą nieodparcie, czy to Piotr Adamczyk z groteskowymi bakami i wąsiskami w roli majora MO, czy to Wiesław Cichy w roli Pierwszego Sekretarza, to przecież odtwarzają relacje, które wciągają i dzisiaj: władzy, przed którą człowiek odczuwa lęk, i która powoduje służalczość, pracy zawodowej, która może okazać się służbą kłamstwu.

I choć ówczesne nagrody za uległość i podłość – sowiecki telewizor Rubin, na którym można oglądać wszystkie dwa programy, romans z fryzjerką, picie koniaku ze zwierzchnikami – wydają się dzisiaj żałosne, to przecież film brzmi jak najbardziej aktualnie.

„Jestem mordercą” mimo wyrazistego moralnego przesłania nie jest suchym poematem moralisty opowiadającym tylko: tak-tak nie-nie, lecz skrzy się wieloma barwami – to w dojrzałych obrazach Pieprzycy – reguła. Nie chodzi tylko o niezwykle wiarygodny obraz upadku człowieka i studium zagłuszania sumienia, ale i wyśmienity drugi plan. Aktorzy, potrafiący wykorzystać każdą minutę na ekranie, by stworzyć pełnokrwiste wyraziste postaci, są znakiem firmowym nagradzonego reżysera.

Kapitalna Agata Kulesza, która z krótkiej sceny podsuwania kawy milicjantowi robi prawdziwy diament, mocny Michał Żurawski oraz sugestywna Magdalena Popławska – także znaczące postaci, nie wspominając już o Arkadiuszu Jakubiku.

Mamy tu też świetne rodzajowe obrazki z czasów peerelu: mieszkanie w chałupce przy torach kolejowych, w której przejeżdżające pociągi otwierają drzwiczki w kuchennych szafkach i wprowadzają w drżenie szklanki z herbatą w nieodłącznych metalowych koszyczkach, mamy wzruszające scenki rodzinne: choćby ta z odwiedzinami dzieci w areszcie śledczym, gdy to oskarżony Jakubik prezentuje, czym jest miłość ojcowska, wyciskając łzy, mamy sceny pijatyk z udziałem sowieckiego doradcy…

Maciej Pieprzyca potrafi więc bawić, potrafi też przerazić. Bo szansa, którą daje nam życie, ten – jak skandował Eminem „one shot, or one opportunity to seize everything you ever wanted”, ta szansa okazuje się czasem zaproszeniem do egzekucji niewinnego człowieka.

Takie wstrząsające filmy robi laureat nagrody specjalnej Identitas. Chcemy, by to wyróżnienie było wyrazem naszej wdzięczności, ale także radości, że kolejna generacja polskich twórców podejmuje najbardziej zasadnicze problemy naszej współczesności: granic człowieczeństwa, moralnej odpowiedzialności za swe czyny, wertykalnej perspektywy naszego bytowania.

A robi to Maciej Pieprzyca – dzięki talentowi, wykształceniu i pracowitości – w sposób zarówno finezyjny, jak i przekonujący, nie pozwalając przejść obojętnie obok swych dzieł.

Bardzo dziękujemy.