,,Identyfikacja z architekturą, uznanie jej >>za swoją<< musi być poprzedzone wiedzą o jej przeszłości...” – rozmowa z Eweliną Wojdak, laureatką tegorocznego Konkursu dla studentów i doktorantów.

Renata Chołuj: Zaproponowała Pani nowatorski i nieoczywisty sposób odczytania architektury. W jaki sposób kształtowała się Pani wrażliwość na sprawy organizacji przestrzennej miasta?

Ewelina Wojdak: Punktem wyjścia moich zainteresowań były konkretne budynki, których historią zaczęłam się zajmować pod kątem przygotowania różnych wykładów związanych z moją pracą zawodową. Ponieważ nie istnieją żadne szczegółowe opracowania architektury inowrocławskiej, badałam archiwalne akta budowlane i korespondencję dotyczącą ówcześnie najważniejszych przedsięwzięć budowlanych. Nie przystępowałam do badań z zamiarem „odkrycia Ameryki” – zdawałam sobie sprawę, że mam do czynienia z architekturą określaną pogardliwie jako „prowincjonalna”. Jeszcze w czasie studiów, gdy szukałam wiadomości o XIX-wiecznej architekturze naszych terenów, najczęściej natrafiałam na bardzo krótkie rozdziały na ten temat, kończące się podsumowaniem „sztuka była całkowicie zależna od wzorów niemieckich”. Co za tym idzie, tutejsza architektura nie była omawiana w opracowaniach na temat sztuki polskiej. Rzadko też znajdowało się dla niej miejsce w książkach o sztuce niemieckiej, a i to tylko w „katalogach” zabytków, ilustrujących, jak na prowincji kopiowano dzieła berlińskich architektów, np. kościoły projektu Friedricha Augusta Stülera. „Kopiowanie” kojarzy się oczywiście z bezrefleksyjnym powtarzaniem. Z analizowanych przeze mnie dokumentów wynikało jednak, że ludzie zaangażowani w budowę ważnych obiektów sakralnych, administracyjnych czy użyteczności publicznej, zawsze rozumieli określone formy na swój sposób. Żaden projekt nie był bezmyślnie powtarzany, nawet jeśli zaczerpnięto go wprost ze wzornika. Zawsze ktoś decydujący o wyborze konkretnego projektu czymś się kierował, a projekt był dostosowany do miejscowych warunków. Koncentruję się na poszczególnych realizacjach, które ogniskowały najróżniejsze miejscowe interesy, dlatego nazywam je „węzłami” relacji społecznych. Prowincjonalna architektura XIX-wieczna pozwala „przyjrzeć się” tej sieci relacji niewidocznych „z góry”, co według mnie stanowi o jej wyjątkowej wartości.

Jak architektura określa tożsamość mieszkańców małego/średniego miasta (spodziewam się, że w wielkich aglomeracjach te prawidła są nieco inne)?

Architektura sama z siebie nie jest czynnikiem sprawczym, nie może wpłynąć na naszą tożsamość. To zawsze my decydujemy o tym, czy się z czymś identyfikujemy lub nie. Najlepszym dowodem jest romański kościół w Inowrocławiu, w XIX wieku znajdujący się w stanie ruiny – reprezentanci parafii nie widzieli w nim żadnej wartości estetycznej czy „archeologicznej”, nie traktowali go jako świadka historii miasta. Tymczasem po II wojnie światowej zaczął być traktowany jako „perła architektury romańskiej”, stanowiąca pamiątkę po władcach z dynastii Piastów. Zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku były to jednak interpretacje narzucone przez elity lub naukowców – wcale nie musiały się pokrywać z odczuciami innych mieszkańców. Dla jednych zatem kościół mógł być źródłem dumy z dokonań przodków, dla innych – budowlą nieatrakcyjną, obojętną. W małych miastach, gdzie brakuje budowli, o których rozpisywałyby się przewodniki czy podręczniki, relacje ludzi i architektury są prywatne, nieuświadamiane – o budynkach myśli się jako o miejscu zamieszkania, modlitwy, nauki, a nie jako „dziełach architektonicznych”.

Inowrocław w II poł. XIX w. i na początku XX w. skupiał wielokulturowe społeczeństwo. Czy poszczególne grupy etniczne chętnie przyjmowały dzieła niemieckich projektantów, identyfikowały się z nimi?

Dotychczasowe badania historyczne uwypuklały napięcia polityczne między Niemcami i Polakami oraz zdawały relację z „walki z zaborcą”. Tymczasem spojrzenie na kwestie narodowe i społeczne od strony dokumentacji architektonicznej pokazało m.in., że współpraca Polaków z niemieckimi architektami i urzędnikami była czymś zupełnie zwyczajnym. Polscy księża nie mieli oporów przed zatrudnianiem niemieckich budowniczych – najważniejsze, żeby projektant był katolikiem, wówczas wynik jego pracy był akceptowany.

Jakie są typowe mechanizmy asymilowania zastanej architektury?

Wszystko oczywiście zależy od okoliczności – inaczej było w przypadku ludności przesiedlonej z Kresów Wschodnich na Dolny Śląsk po II wojnie światowej, inaczej w przypadku miast dawnego zaboru pruskiego po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Jeszcze inaczej jest dzisiaj. Identyfikacja z architekturą, uznanie jej „za swoją” musi być poprzedzone wiedzą o jej przeszłości. Według konserwatora Jana Muszyńskiego przemilczanie, zacieranie śladów Niemców w województwie zielonogórskim, a w konsekwencji – ruina poniemieckich budowli prowadziła do poczucia tymczasowości życia, utrzymywania się wrażenia, że „coś obcego było tu przed nami”. Niemożność poznania „tego obcego” to również niemożność ustosunkowania się do zastanej architektury.
Jeszcze dziś pojawiają się głosy, że nie powinniśmy tracić czasu na poniemiecką, niechcianą spuściznę. Jednak według mnie wystarczającym powodem, aby starać się poszerzyć wiedzę na jej temat jest choćby to, że teraz to my jesteśmy jej użytkownikami i mieszkańcami. Jak powiedział Anatol France: „budynek jest jak książka, w której każde pokolenie zapisało swą historię”. Teraz my dopisujemy kolejne rozdziały, warto jednak poznać początek.

Dziękuje za rozmowę!